FANDOM


O czym będę pisał?

Pewnego, pięknego, słonecznego, wakacyjnego dnia naszła mnie pewna ciekawa myśl, choć powinienem powiedzieć raczej pewna koncepcja. Mogę to skwitować jednym prostym słowem - WOJNA. Tak, długo nad tym myślałem. Zastanawiałem się nad tym czy "piękny, idealny i bezpieczny świat" świat zwierząt mógłby zostać doświadczony czymś takim jak właśnie wojną (dla nas ludzi to chleb powszedni). Ale dlaczego chcę w tym świecie umieścić coś takiego pewnie zapytacie. Przedstawię moją koncepcję porównując to do naszego świata (realnego): aby dziś mógł na świecie panować względny pokój to 71 lat temu musiała skończyć się druga wojna światowa. Więc, tak doszedłem do wniosku że co jeśli ten świat zwierząt (świat pokoju i "harmonii") jest wynikiem końca jakieś dużej (może nawet ogólnoświatowej wojny). Tak wiem trochę nie ma to sensu ale tak właśnie stworzyłem podstawę do mojego pierwszego dużego opowiadania w realiach tego filmu. Podczas tworzenia historii przyjąłem, że akcja filmu toczy się w roku 2016, a nasza ziemia wygląda tak samo tylko że bez ludzi. A więc, miłego czytania!

Ps. Akcja ma miejsce 18 lat przed wydarzeniami z filmu. Nick ma wtedy 8 lat, a Judy 6 lat.

Prolog

Z dziennika:

Siedzę w pociągu, w pociągu który zmierza prosto na front. Jadą nim w większości ochotnicy. Jest ich niewielu, może 15 na całe trzy wagony. A wśród nich ja. Młody, czarny lis, 1,25m wzrostu, blado niebieskie oczy, dosyć przeciętna postura. Jest wpatrzony w widoki za oknem. Zastanawia się też nad tym, czy dobrze postąpił rzucając studia i zgłaszając się na ochotnika, ale zacznijmy od samego początku. Nazywam się Jackob Buran, porucznik Buran. Przed wyjazdem mieszkałem w mieście Oakdale w środkowej części Unii, bardzo blisko Wisły. Z natury nie jestem osobą zbyt gadatliwą i towarzyską, przy tym bardzo spokojną. Jestem chyba raczej typem samotnika. Tym bardziej zdziwiło to wszystkich członków rodziny i osoby które znam że wstępuję do wojska. Starłem się wcisnąć im wytłumaczenie że "nasz kraj potrzebuje teraz osób, które będę za niego walczyły (szczególnie po klęsce na łuku obrony pomiędzy Kazaniem, a Samarą), a poza tym i tak osoba w moim wieku została by niedługo przymusowym poborowym ale kiedy się zgłoszę to dostaje od razu stopień kaprala (na zachętę, aby wstępowano do wojska i tak stopnia porucznika dorobiłem się w ciągu ostatnich dwóch miesięcy mojego 5 miesięcznego szkolenia żołnierskiego). A, tak na serio to nie mam pojęcia co mi strzeliło do głowy żeby się zgłosić! Nie umiem wytłumaczyć swojej decyzji, przynajmniej na razie...

Rozdział pierwszy- Walka bez broni

Z głębokiego zamyślenia wyrwało go nagle powolne zatrzymywanie się pociągu. To był, jego i innych pasażerów koniec, a zarazem cel podróży - koszary 4. batalionu armii Unii, który znajdował się niezwykle blisko linii obronnych, bo zaledwie 31km. Lis szybko złapał swoją torbę i skierował się do wyjścia. Jak się okazało zejście po trzech wysokich schodach wagonu nie było takie proste (ewidentnie schody były projektowane dla większych od niego zwierząt). Gdy wreszcie dotknął twardej zmrożonej ziemi (był grudzień), począł się rozglądać. Wszyscy wokół byli zajęci swoimi sprawami, nie interesowali ich świeżo przybyli rekruci. Garnizon na pierwszy rzut oka miał dosyć prostą budowę. Był otoczony wysokim na ponad 2m płotem z drutem kolczastym. Nie było tu też żadnych normalnych budynków, tylko wielkie wojskowe namioty i prostokątne barako-kontenery. Pomiędzy niektórymi z nich stały ciężarówki oraz nieliczne kołowe transportery opancerzone SKOT. Analizowanie tego wszystkiego przerwał mu nagle czyś głos.

-Porucznik J. Buran?- zapytał stojący przed nim borsuk w wojskowym uniformie, którego musiał najwyraźniej wcześniej przeoczyć.

-Tak, to ja- odpowiedział.

-Nazywam się szeregowy Westwood - powiedział jego rozmówca podając rękę, którą natychmiast uścisnął - mam rozkaz zaprowadzić cię do kwatery dowództwa brygady- wyjaśnił - weź swoją torbę i chodź na mną.

-Dlaczego mnie wzywają?- zapytał się lekko zdziwiony całą sytuacją lis, podążając pomiędzy namiotami i barakami za swoim przewodnikiem.

-Nie wiem, to na polecenie generała Kaplera- odpowiedział. To zdziwiło porucznika jeszcze bardziej. Dopiero co przybył i już go wzywają? Coś musi być nie halo, bez wątpienia. Tylko co? Ale jeszcze jedna rzecz go ciekawiła.

-Skąd wiedziałeś jak mnie znaleźć?

-To nie było trudne, jesteś jedynym lisem w tej brygadzie- wyjaśnił z lekką ironią szeregowy.

-No to teraz tylko co ode mnie chce ten generał?- powiedział sam do siebie w myślach.

Po przejściu niespełna 500m od torów, weszli do dużego, podłużnego, drewnianego budynku (chyba jedynego takiego tutaj). Wewnątrz było mnóstwo zajętych pracą i biegających od pokoju do pokoju ze stosami dokumentów, sekretarek, żołnierzy, specjalistów od łączności i innych zwierząt w tym o dziwo również leniwców. Gdy doszli do końca zatłoczonego korytarza z którego rozchodziły się wszystkie pokoje kwatery, pojawiły się prze nimi nowe białe drzwi na których widniał napis: Gen. bryg. John W. Kapler (generał brygady).

-Tu musisz już wejść sam- powiedział Westwood otwierając przed nim drzwi do gabinetu.

Wnętrze wyglądało niezwykle schludnie i surowo. Gdzieniegdzie na ścianach wisiały liczne odznaczenia, i zdjęcia. Na środku pokoju, przed dużym oknem, stało duże metalowe biurko ze stosem najróżniejszych papierów. Za nim stał obrotowy, skórzany fotel, na którym siedział lekko siwy tygrys z okularami na nosie, wyraźnie zaczytany w czymś co trzymał w swojej ogromnej łapie. Gdy wreszcie rzucił okiem na stojącego przed nim lisa ten wyprostował się jak struna na baczność i zasalutował.

-Spocznij żołnierzu- powiedział generał wstając z fotel.

-Pewnie zastanawiasz się dlaczego cię tu ściągnąłem- mówił przecedzając się wokół swojego biurka- Już śpieszę tłumaczyć. Stanowczo odmawiałem przyjęcia do mojej brygady jakiegokolwiek królika, zająca, cz też lisa- powiedział spoglądając na porucznika- Uważam po prostu, że osoba pana pokroju i pana postury nie powinna służyć w armii. Ale z powodu nalegań dowództwa, nie zatrzymam pana tu na miejscu, ale wyślę z odziałem "Skyhook" z 2. pułku piechoty do obsadzenia jednego z umocnień na linii Wołgogradzkiej na odcinku północ, gdzie w najbliższym czasie spodziewamy się prawdopodobnego ataku.

-I proszę mnie już nigdy o nic nie prosić. Szeregowy Westwood poda ci szczegóły To wszystko żegnam- skończył.

-Tak jest sir!- odrzekł porucznik po czym zasalutował i odmaszerował do wyjścia na korytarz.

-Uff, o mało brakowało, a został bym tu woźnym- powiedział pod nosem.


Nie zmąconą niczym ciszę, zaczął po pewnym czasie zastępować warkot mnóstwa silników który powoli zbliżał się zza następnego wzgórza. Po chwili na drogę wyjechały kopcące czarnym, gryzącym dymem, stare wojskowe ciężarówki. Było ich na oko 25. Powoli i ospale podjechały na plac apelowy wzbijając kłęby kurzu. Kiedy się zatrzymały, padł rozkaz i wszyscy poczęli ładować się na obciągnięte ciemnozielonym brezentem paki pojazdów. Ponieważ Buran był z przodu, blisko początku długiego dwuszeregu, wraz ze swoim nowym oddziałem, przypadło mu wsiąść już do drugiego pojazdu. Jednak problem pojawił się gdy musiał wspiąć się na samochód. Szczególnie z całym ciężkim ekwipunkiem (po który skierował go wcześniej szeregowy Westwood) nie było to proste. Wtem, podniosła go czyjaś łapa, był to stojący za nim wilk, wyraźne zirytowany całą tą sytuacją.

-No właź!- ponaglił go.

Porucznik złapał się mocno za ramę plandeki i wciągnął się do góry. Niestety albo stety przypadło mu siedzieć tuż przy wyjściu. Obrzucił wzrokiem już wcześniej siedzących współtowarzyszy, którzy nie ukrywali uśmiechu. Ostatni wsiadł wilk który przed chwila mu pomógł. Tylko on miał poważną minę. Kiedy jeszcze raz się na niego popatrzył dostrzegł dwa insygnia kapitańskie na ramionach i dwa na szyi. Tak to był bez wątpienia ich nowy dowódca, którego nikt im wcześniej nie przedstawił. Ciężarówka ruszyła jak tylko żandarm na zewnątrz zamknął klapę od paki. Jazda nie była zbyt miłym doznaniem, w środku było głośno i duszno, a przy tym pojazd trząsł sie na każdej dziurze (których na tej drodze było pełno).

Nagle usłyszał czyś przytłumiony głos- Czy to możliwe że przyjęli takiego kurdupla jak ty? Pytanie pochodziło od ciągle szczerzącego się w jego kierunku czarnego lamparta.

-Chyba każdy ma prawo walczyć, nie?- odpowiedział.

-Taka osoba jak ty nie, powinieneś siedzieć na tyłku w domu albo w garnizonie pomagać kucharzowi- wyjaśnił, rozśmieszając tym wszystkich.

-Zamknąć jadaczki!- odezwał się wreszcie kapitan- Jedziecie na wojnę nie do cyrku- Wszyscy zamilkli- Chociaż mam nadzieje że nasz lisek nas nie zwiedzie i pokaże że jest warty stopnia porucznika.

-Tak, sir postaram się.

-Ty masz się nie starć tylko to robić i to się tyczy was wszystkich tutaj. Jeśli każę wam strzelać, macie strzelać, jeśli rozkaże padnij, padacie. Macie wykonywać wszystkie moje rozkazy, nawet gdybyście byli pod ostrzałem- Czy to jasne?

-Tak, jest sir!- odpowiedzieli wszyscy chórem.

-Aaa.., proszę pana ostatnie pytanie, jak mamy się do pana zwracać? Panie kapitanie Bormann, czy po prostu panie kapitanie?- zapytał siedzący obok Burana gepard.

-Po prostu panie kapitanie i jeśli jeszcze raz zadasz jakieś głupie pytanie to cię wyrzucę z ciężarówki!- odpowiedział wilk, po czym wszyscy w tym on wybuchnęli śmiechem. Mimo to przez cała drogę już nikt się nie odezwał.


2110500000_by_lisica01-dagk7kp.png

Azerski czołg podstawowy T-90

Państwa świata A.D. 1996 rok:

  • Świat jest podzielony na 24 państwa.
  • Cztery z nich są najbardziej liczącymi się. Są to:
    • Azeria- zajmuję prawie całą Azję od Oceanu Spokojnego, przez Syberię, Pół. Indochiński i góry Ural; w wyniku wysokiej korupcji i inflacji oraz wzrostu bezrobocia jest to jeden z uboższych krajów świata, mimo potężnych zasobów ropy i gazu ziemnego.
    • Unia- państwo powstałe przed laty po zjednoczeniu się wielu innych państw; zajmuję prawie cały kontynent europejski; jest jednym z najbardziej rozwiniętych krajów świata.
    • Królestwo Sawanii- obejmuję całą Afrykę z posiadłościami zamorskimi; dobrze zarządzane przez panującą dynastię znajduje się w światowej czołówce najlepiej prosperujących państw.
    • Republika Zjednoczonych Ameryk (w skrócie RZA)- jego terytorium sięga od Wysp Królowej Elżbiety, aż po granice puszczy amazońskiej; północ tego kraju jest równie wysoko rozwinięta co Unia i dysponuje potężnym przemysłem, natomiast południe jest słabo zamieszkałe i ubogie; jest związane sojuszem gospodarczo-technologicznym z Unią.
  • Mniejsze państwa/republiki/księstwa zajmują terytoria nie wchodzące w skład czterech głównych mocarstw. Do tych państw należy Australia i Oceania która stanowi tereny niczyje ze względu na klimat i to że jest słabo zamieszkana.

c352093d73278b0f5400c28a254cfc0a-dakdrh5.png

Rozdział drugi- Zima na pustkowiu

Późnym wieczorem po długiej nużącej podróży dotarli na miejsce. Ciężarówki zatrzymały się równo w jednym rządku, jedna za drugą po czym ich kierowcy zgasili silniki. Kiedy ktoś na zewnątrz otworzył klapę, mogli wreszcie wyjść i trochę rozprostować nogi. Wszyscy bez wyjątku byli zmęczeni. Jednak jazda na twardej ławie po wertepach nie jest zbyt komfortowa. Gdy już wszyscy znaleźli się na zewnątrz, ciężarówki ponownie uruchomiły silniki i odjechały w drogę powrotną. Teraz już nie było odwrotu. Inne odziały rozeszły się w tym czasie do swoich oddalonych pozycji. Co najgorsze lis nie miał pojęcia gdzie jest ich kapitan którego (mimo dobrego wzroku) nie mógł wypatrzeć w ciemności. Noc mimo że bezchmurna, była diabelnie zimno, nie dziwne, więc że wszyscy bez wyjątku kulili się i starali rozgrzać na każdy możliwy sposób. Temperatura spadła od 10 stopni kiedy wyjeżdżali do prawie 15 stopni na minusie. Na ich szczęście po chwili wrócił dowódca.

-Buran i Pruszkovski do mnie- rozkazał wilk. Obaj powolnym krokiem podeszli do niego, stale kuląc się z zimna. Porucznik Ivan Pruszkowski w porównaniu do niego wstąpił do armii (wtedy jeszcze SDF- Self Defens Force), jeszcze przed wybuchem wojny i tak samo jak ich dowódca był wilkiem. Kiedy już stanęli przed Bormannem który stał kawałek dalej od swojego oddziału, zasalutowali.

-Posłuchajcie mnie panowie, to ważne. Okopy skończono budować dopiero niedawno, więc wasze kwatery nie są jeszcze gotowe i obawiam się że nigdy nie będą. To niestety oznacza dla was że będziecie musieli spać póki co na dworze- Przykro mi- skończył.

-A, co z tym budynkiem?- powiedział lis wskazując na ziemiankę po ich prawej.

-Przykro mi ale to magazyn na broń, tam na pewno nie ma miejsca- Musicie coś zorganizować sami, ja w tej chwili muszę przedyskutować parę kwestii z innymi dowódcami- kiedy skończył zdanie na drodze pojawił się terenowy Honker- To wszystko, powodzenia. Ja wrócę dopiero rano.

-Tak, jest panie kapitanie!- odkrzyknęli obydwaj, po czym obserwowali jak kapitan wsiada do samochodu i odjeżdża w siną dal. Kiedy zostali już sami, ruszyli miarowym krokiem w kierunku reszty oddziału, który już prawie zamarzł na kość.

-Co robimy?- zapytał porucznik Pruszkovski idącego obok niego lisa.

-Szczerze, nie mam pojęcia. Zamarzniemy jeżeli czymś się nie grzejemy choćby trochę.

-Zgadam się z tobą, tylko problem w tym że najbliższe drzewa są prawie kilometr stąd, będzie ciężko tam dojść ale to możliwe.

-Tak wiem- odrzekł zamyślony przez chwilę Buran- Możesz wziąć siedmiu ludzi i tam pójść?

-Dobra może być.

-Tylko wróć szybko.

-Nawet nie zauważysz że nas nie było- powiedział z lekkim uśmiechem wilk- Wstawać! Niestety dowództwo zrobiło nas w wała i musicie spać w okopach, sorry. Potrzebuję też 7 ludzi którzy pójdą ze mną po drewno na ognisko, no chyba że chcecie tu zamarznąć- o dziwo od razu znaleźli się chętni- Reszta zostaje tutaj z porucznikiem Buranem.

-Z tym liskiem, w życiu. Wolę zamarznąć niż słuchać się jego rozkazów- sprzeciwił się ten sam lampart żartowniś, który szczękał teraz zębami z zimna.

-Twój wybór- rzucił do niego Pruszkowski- ale wiesz że za nie wykonanie rozkazu idzie się pod sąd wojskowy. Więc jak, będzie?

-Dobra, no już niech wam będzie- szantażyści- rzucił na koniec.

-Słyszałem!- opowiedział lampartowi porucznik. Same okopy były dosyć czyste, obite z trzech stron deskami żeby ziemia się nie obsuwała, nie stanowiły dobrego miejsca do spania. Linia obrony, którą mieli obsadzić miała dlugość prawie 600m. Przed ich pozycjami, które znajdowały się na wzgórzu rozciągała się pusta przestrzeń z pięknym widokiem na nie zamarzniętą Wołgę, połyskującą teraz w świetle księżyca. Ta pusta przestrzeń była złudna, porucznik wiedział że to jedno wielki pole minowe i że lepiej tam nie schodzić.

-Gdzie mamy spać?- zapytał nagle czyiś głos.

-Połóżcie się wszyscy tutaj na tym rozwidleniu, a ty i ty- powiedział do dwóch siedzących na ziemi gepardów- chodźcie ze mną.

-Gdzie idziemy?- zapytał jeden z nich.

-Idziemy do składu z bronią- wyjaśnił im porucznik. Obaj popatrzyli po sobie ze zdziwieniem. Otworzenie grubych drewnianych drzwi nie było proste, ale dwa gepardy poradziły sobie z tym bez trudu. Faktycznie wewnątrz nie było gdzie spać. Pomieszczenie było po brzegi wypełnione skrzyniami z bronią i amunicją. Ale nie to interesowało Burana, tylko wielkie, grube, bawełniane koce którymi przykryto skrzynie by nie nasiąkły wodą która ciągle kapała z sufitu.

-No już, bierzcie te koce, tylko szybko- ponaglił podwładnych, którzy dopiero po chwili zrozumieli o co mu chodzi. Udało im się zebrać 22 koce na 20 członków oddziału. Kiedy już wrócili z powrotem, był już tam Pruszkowski ze stosem drewna, a dwaj żołnierze próbowali właśnie rozpalić ognisko.

-Pomysłowy jesteś- powiedział wilk- Spisaliśmy się.

-Zgadzam się. Ale teraz pora już spać- orzekł. Dwadzieścia minut później, wszyscy już spali, usadowiwszy się przedtem woków ognia i opatuliwszy grubymi kocami. Tej nocy wszystko poszło zgodnie z planem, ale następny dzień przyniósł nowe problemy.


W nocy musiało najwyraźniej nieźle padać, ponieważ snieg pokrywał teraz cieńką warstwą całe okopy. Kiedy wszyscy już się obudzili, ponownie rozpalono ognisko. Problemem nie było bynamniej zimno, a głód który wszystkim doskwierał. Poprzedniego dnia wykorzystali ostatnie konserwy ze swoich jednodniowych racji żywnościowych. To był problem który musieli rozwiązać.

-Poruczniku!- zawołał Burana, Pruszkowski stojący dziesięć metrów od niego na małym wzniesieniu- mogę prosić tutaj?

Lis powolnym krokiem podszedł i stanoł obok niego. Obaj teraz podziwiali ośnierzone koryto rzeki. Z oddali widzeili przeciwległy brzeg; wiedzieli że tam jest ich wróg.

-Palisz?- zapytał wilk, wyciągając paczkę papierosów.

-Nie, dzięki- odrzekł.

-Żona kazła mi rzucić kiedy urodziły się moje dzieci ale teraz sytacja chyba od tego wymaga- Paradoks, rzuciłem po to by znów zacząć palić- stwierdził uśmiechając się pod nosem i zaplając zapalniczką papierosa. - Wiesz że oni tam są, znaczy na drugim brzegu?

-Wiem. Ale pamiętaj że by mamy obowązek nie ruszać sie z miejsca i bronić tych pozycji, a oni mogą robić co tylko im się podoba- stwierdził Buran.

-Tak i to jest najgorsze, ta niewiedza, przecież mogą zatakować w każdej chwili- powiedział jego towarzysz wypuszczając kłeby dymu- poza tym oni mają tam pewnie artylerię, a my tutaj, ani sztuki. Stali tak przez chwilę bez słowa zmyśleni.

-Mogę ci mówić Jake?- zpytał go nagle- Ty możesz mi mówć Ivan.

-Może być- zgodził się uściskując rekę Pruszkovskiego. I ponownie stali tak przez chwilę cicho.

-Ivan, jeśli kapitan nie wróci szybko trzeba będzie coś zorganizować coś do jedzenia.

-Wiem stary, ale na tym wygwizdowie chyba nie prędko znajdziemy coś do żarcia, dlatego szczerzę liczę na to że Bormann jednak wróci- odrzekł, gasząc stopą peta. Obaj ruszyli wiec, do swoich "podopiecznych" którzy nie wiedzieli co ze sobą począć i snuli się po kątach. W tym momęcie na drodze pojawił się jak na zawołanie znajomy Honker, ale tym razem ciągnoł coś za sobą. To była kuchnia polowa! Byli uratowni.

-Wstawać! Kapitan wrócił. Już, utworzyć szerg! - przywoływał do pożądku swoich ludzi Buran, po czym obaj porucznikowie podbiegli do właśnie wysiadającego z samochodu kapitana. - Spocznij!- polecił salutującym podwłandnym.

-No i jak sobie poradziliście?- zaptytał.

-Ja zorganizowłem drewno, a porucznik Buran kocę i miejsce do spania- wyjaśnił Ivan.

-Dobra robota. I mam dla was prezęt w postaci tej kuchni polowej i parenastu dosyć dobrych namiotów. Mam nadzię że jsteście zadowoleni?

-Tak, sir bez wątpienia- potwierdził lis- mogę sciągnąć tu resztę?

-Tak proszę- zezwolił kapitan. Po zjedzeniu słusznych ilości fasoli z chlebem, nawet jak na dwudziestu chłopa, zabrali się za rostawianie namiotów, które postawiono za wzniesieniem na którym zanjdowały się okopy. Później zgodnie z rozkazami Bormanna wszystkich rozlokowano na całej 600m lini umocnień. Prawe skrzydło przypadło Pruszkovskiemu, a lewe Buranowi. Obaj mieli do swojej dyspozycji sześciu ludzi, co było śmiesznie małą liczbą jak na 260m okopu. Centralną część wraz z pięcioma pozostałymi ludzmi wzioł kapitan. I tak samo mieli być ustawieni dzień w dzień, obserwójąc i strzegąc z bronią w ręku ważnej dla nich lini obrony. Co drugi dzień dowożono im jedzienie i świerzą bieliznę. Podczas obowiązkowych nocnych wacht, na nogach było na zmianę ośmiu rzołnierzy z odziału. Każdy kolejny dzień był tą samą rutyną. Wyątkowe były tylko święta Bożego Narodzenia które spedzili bardzo uroczyście i Nowy Rok. Kapitanowi nawet udało się skąbinować skąś dwie butelki szampana. Tak mineły grudzień, styczeń i luty. Kiedy nadeszła wreszcie upragniona przez nich wiosna, a śnieg stopniał, wszystkie tereny wokół zmieniły się w jedno wilekie grzęzawisko. Aby zejść w doł do okopu trzeba było zanurzyć nogi prawie po kolana w błocie. Wybawieniem stało się lato kiedy błotnista ziemia została wysuszona na wiór. Chociaż pogoda była wspaniała, to słońce prażyło nimiłosiernie, a o udar słoneczny nie było trudno, dlatego rozkazano wszystkim nosić obowiązkowo hełmy (w których zresztą głowa pociła się bezustanku). Mieli w tych chwilach ochotę na jedną małą kąpiel w Wołdze, mimo że widzeli że nie mogą.

Tak wyglądała ich na pozór bezpieczna sytuacja przez ostanie cztery miesiące. Ale już niedługo miało to ulec zmianie...


12 kwietnia 1999

Do najwyższego dowódctwa wojsk inwazyjnych federacii Azerskiej.

Apeluję o natychmiastowe wdrożenie stworzonego przezemnie planu F41BX z listopada tego roku. Zakładał on dwumiesięczne ostrzeliwywanie wrogich pozycij obronych na północ od Kazania z użyciem ciężkiej artylerii, mające na celu dezoriętację i dezinformację przeciwnika, po czym miał by nastąpić zmasowny atak z użyciem piechoty, odziałów pancernych i lotnictwa na miasta Kazań i Samarę w celu ich odbicia z rąk Unii. Stanowią one dla nas ważne punkty strategiczne do przeprowadzania kolejnych operacji i stanowią priorytet. Z moim zamysłem zgadzają się również nasi przyjaciele z "czarnego lądu". Dlatego przedkładam ten plan ponad wszystko i wyrażam wielką nadzieję na jego realizację w jak najkrutszym czasie, ponieważ o tego zależy nasze powodzenie podszas tej wojny.

Pułkownik kontrwywiadu wojskowego, K. Kuzniecow.


Znów było cicho. Słońce już dawno zaszło, tylko gwiazdy rozświetlały okolicę. Po środku stał on, porucznik... pierwszy lis porucznik w wojskach Uni. Był skupiony. Bacznie omiatał wzrokiem koryto rzeki, nie zapominając o przeciwległym brzegu. Miał na sobie, jak na codzień, swój jedyny, nieśmiertelny oliwkowo-brązowo-zielony mundur. Do lekkiej kamilezki kulodpornej, która przykrywała górę jego tłowia, przyległy na rzepach ładownice na dwa magazynki i nieduża krótkowfalówka. W swoich rękach trzymał, jego nieodłącznego kąpana dwóch minionych miesięcy- karbinek maszynowy H&K. Mógł go sobie przewiesić przez ramię, ale on wolał mieć go przy sobie w pogotowiu, mimo że na prawej nodze, w kaburze miał jeszcze małą P250-tkę Na głowie miał jeszcze luźno zarzucony hełm. Kiedyś nosił też ze sobą granaty ale w obecnej sytuacii nie miało to najmniejszego sęsu. Tak, wiele się zmnieniło od ostaniego roku. Takiej właśnie nocy jak ta, wszystko się zaczeło. Najpierw usłyszeli tylko kilka następujących po sobie huków: łup!, łup!, łup!- i tak jeszcze parę razy. Nie mieli zielonego pojęcia co to. Sekundę później rozpętało się prazwdziwe piekło na ziemi. Z nieba spadały teraz grube 152mm artyleryjskie pociski odłamkowo-burzące, które uderzając wokół nich wzbiały w powietrze tony ziemi i odłamków. Jak nakazał im żołnierski instynkt padli jak dłudzy na ziemie. Jeden z pocisków spadła niezwykle bisko Burana, przez co ten nachwilę stracił słuch. Ta chwila pozwoliła mu zdać sobie pierwszy raz w swoim rzyciu sprawę z tego, że mógł umrzeć, że tak niewiele brakowało. W tym momęcie myślał tylko o jednym- wjać stąd, jak najszybciej, jednak jego nogi odpowiadały mu posłuszeństwa. Bał się. On dorosły, bał się. Coś w nim w tej też chwili pękło. Wzioł się w garść, podniósł się i na wpół pochylonym pobiegł ile sił w nogach w kierunku pozycji dowódcy. W tym czasie ostrzał nie ustawał ani na chwilę. Kiedy dotarł na miejsce wszyscy już tam byli i kulili się jak tylko mogli by nie oberwać (a siedzeinie w jedym miejscu nie było w takiej stuacii dobrym pomysłem). Dopiero po 15min mogli spokojnie wystwić nos poza okopy. Ziemia była zryta lejami. I takie były najbliższe dwa miesiące. Jeden ostrzał trwał co prawda ok.20min ale następował bez ostrzeżenia. Dowódca apelował nawet do gen. Kaplera o przeniesienie nas albo o możliwość odpowiedzenia ogniem (mieliśmy na stanie dwa moździerze 120mm o zasięgu skutecznym 3km), ale dostliśmy odpowiedz negatywną. Nasza "walka" miała polegać tylko na utrzymaniu tych pozycji. Ostatnie dwie noce były szczególnie męczące, wróg nie dawał pospać im ani chwilę. Z tego też powodu stał teraz na wachcie sam, kiedy inni jego koledzy z odziału spali na swoich łóżkach. On też chciał się przespać ale musiał być na nogach, bo tak trzeba.

-Panie poruczniku- powiedzaił nagle czyiś głos- kapitan pyta czy pana nie zastąpić?

-Powiedz mu że nie, poradzę sobie sam- odpowedział nawet nie odwracając głowy w kierunku rozmówcy.

-Tak, jest sir!- odzekł nieznajomy, po czym sądząc po odgłosach, wrócił do namiotów (przynajmniej tych które pozstały całe po tym wszystkim). Przez ten czas też zaszły w Buranie zmiany, spoważniał i zmeżniał. Stracił tą energię i pogodę ducha z którą tu przyjechał.

-Jutro się wyśpię, teraz jeszcze jestem potrzebny tutaj- stwiedził w myślach.

Jego plany musiały ulec jednak zmianie. Jeszcze wcześnie rano, bo o 4:30 pod ich pozycje podjechał ktoś z dowódctwa z rozkazami. Mieli w ciągu 10min sie spakować i ruszyć w kierunk linii kolejowej. O tym że tu byli świadczyły teraz tylko puste transzeje i opuszczone namioty. Po przemierzeniu dosyć długiej jak dla zmęczonego, niewyspanego rzołnierza drogi dotarli do torów na których stał już gotowy do drogi cywilny pociąg towarowy. Polecono im wsiąść do jednego z parenstu pustych wagonów. Chyba byli ostantnimi albo pierwszymi którzy opuszczają te tereny bo innych odziałów tu nie było. Kiedy pociąg ruszył porucznik położył się wygodnie na swoim plecaku, ululany dudnieniem pociągu usnoł jak kamień. To był zasłużony sen. Tak zakończyła się ich walka niejako, bez użycia broni, na lini Wołgogradzkej, ale teraz jechali w kolejną wielką niewiadomą, chociaż chyba już gorzej być już nie mogło...

Rozdział trzeci- Wzlatująca ku niebu gwiazda

Świat się zmienił. Zniszczone wsie, miasta, osiedla. Gdzieniegdzie dzikie cmętarze z pospiesznie skleconymi krzyżykami. Pociski nie wybierają gdzie padają, tylko ten co pociąga za spust. Jak to możliwe że bracia, swoim bracią zgotowali tak okrótny los. Wszystkiemu winni są ci na górze, którzy za wszelką cenę chcą postawić na swoim. Za ich błedy i płytkie myślenie giną niewinni. Nie, nie tylko oni. Giną też rzołnierze. Ale nikt on nich nie pamięta, bo taki przecierz ich los, muszą walczyć za tych którzy nie mogą. Niezwykłe, że gdzieś dalej żyją w spokoju i bepiecznie rodziny. Nie myślą, nie zaprzątają sobie głowy, tym "przedstwieniem" które rozgrywa się tuż obok nich. Taka jest smutna rzeczywistość wojny, za którą płacimy my wszyscy.

Na początku krajobraz spowiał dym. W oddali ploneły pożary. Języki ognia sięgały wysko ku niebu. Co jakiś czas, wzdłurz dróg szły grupki przymusowych wysiedleńców. Ich dotychczasowe życie legło w gruzach. Stracili domy, dorobki całego swojego życia, może członków rodziny, znajomych. Teraz nie mieli się gdzie podziać. Wśród nich były też dzieci. Ich ukurzone buzie nie były uśmiechniete, choć powminny. Nie mogły być. Widziały na swoje małe oczy zbyt dużo cierpienia i smutku. Zaznały coś czego nigdy nie powiny. Oni, rzołnieże jednak byli lekarstwem na tą zaraze. I też jak nikt inny oni chcieli jej końca. Ten ponury krajobraz w końcu zaczoł przmijać. Na jego miejsce powjawilły się zielone lasy, pola, spokojne, nitknięte miasteczka i wioski. Ich mieszkańcy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki stali się pogodni i radośni. Musieli się znacznie oddalić od frontu. To nic dziwnego, jechali już prawie 4 dni. Pociąg zatrzymywł się tylko by jego pasażerowie mogli choć chwilę odpocząć. Zazwyczaj były to okolice jakichś większych osiedli. Kiedy wagony stwały, wysiadających, okrąrzały rzesze lokalnych farmerów i kupców ktorzy starali się wcisnąć im swój towar. Jego to nie interesowało, poza tym nie mieli przy sobie kasy, choć co niektórzy dawili na wyminę, wszystko co mieli przy sobie. Kiedy, podczas któregoś z krótkich odpoczynków wybrał się na mały, miejscowy targ. W oko wpadła mu wtedy jedna rzecz. Przepiękne czerwieniutkie jabłka, z którch zresztą słyneły lokalne sady. Sprzedawca podarowł mu jedno w geście wdzięcznosic za to że walczy. Lisy coprawda są mięsorzerne, ale on nie gardził dobrymi owocami. Chociaż jego kły utrudniały mu odgryzanie więszych kęsów, ale dało się to znieść. Dawno nie jadł czegoś tak dobrego i słodkiego. Była to miła odskocznia od mdlących konserw i twardych jak kamień sucharów. Jenak nie mógł się tym dłurzej cieszyć, musieli ruszać dalej. Tam gdzie ich wiatr poniesie.

Pięć dni później.

Nie był smutny, ani pochmurny. Rozwarzał w myślach, wszystko co widział. W głowie pozostwał tylko miarowy stukot pociagu. Stukot ten usypiał go i budził codziennie. Ustwał tylko na jakiś czas, po to by później znów powrócić. Nauczył się z nim żyć. Stał się jego przyjacielem wsród dłużących sie dni. Nie myli się od dwuch tygodni, nie licząc małej kąpieli w przydrożnym rowie. Ich sytuacja była beznadziejna. Tuali się się tak bez przerwy. Nie walczyli, choć ich koledzy gineli broniąc kraju. Byli przygnębieni. Stracili chęć do rozmów, żartów, a nawet w końcu do walki. To najgorsze co może się rzołnierzowi przydarzyć.

Nocą gdy każdy wtuliwszy się w swój własny kąt spał, wstał ze swojego słomianeg posłania i usiadł na krawędzi przy otwartych drzwiach wagonu. Zmęczonym wzrokiem śledził okoloczne pagórki które miali. Brakowało mu tego. Świerze, chłodne, rozpedzone powietrze obmywało mu nogi i twarz. W tej chwili uśmiechnoł się pod nosem. Drugi raz przydarza mu się to samo. Ta jedna niepowtarzalna chwila, spokoju, radości. Szczęśliwa chwila dla niego. Wie, że za chwilę przeminie, ale stara się nią rozkoszować jak najdłurzej jak tylko może. I gdy kończy swoją ostatnią myśl pociąg zaczyna chamować ze zgrzytem.

-Zatrzymujemy się na polu?- zadał sobie pytanie- A, wiec wreszcie jesteśmy.


12 miesięcy później...

My people... Sons and doughters of our great nation. This much I vow: The history of these days will be written in blood. By croushing the armies of our enemy, by seizing the weapon thought to turn against us, we were fighting for our very existance. Enemy may shatter our bodies, but they cannot break our spirit. They cannot imagine what awits them. WE WILL SMITE THE INVADERS FROM OUR SKIES! And as our last breath tears at their lungs; as we rise again from ruins of our cities... they will know: Asia always belongs to the Azeria! NOW IS OUR TIME!

Emperator Scolari Visari speech for Azeria people, after Union Nuclear attack.

Speech showed in UCN TV.


Godzina 16:06

Miejsce: przestrzeń powietrzna gdzieś nad wschodnią Syberią...

-Łotr 3 zgłoś swój status.

-Łotr 3 do łotra 2, niebo czyste. Proszę o pozowlenie na przejscie na wasze prawe skrzydło- zatrzeszczał głos w radiostacji.

-Zezwalam łotr 3. Dwa myśliwce powli i delikatnie przeszy pod pierwszą parą, po czym usiadły na ich prawym szkrzydle. To był rutynowy lot patrolowy. Taki sam jak wszystkie inne. Już od ponad miesiąca było tu spokojnie. Więc można było się odprerzyć i podziwaić widoki pod sobą. Pani kapitan w tej chwili myślała tylko o wzięciu gorącej kąpieli w swojej osobistej kwaterze. Tak, niestety oni w porównaniu do przeciętnych rzołnierzy, zawsze dostawali osobne kwatery. Jej też zdawało się to trochę nie w porządku, ale nie miała zamiaru na rzekać na obecny stan rzeczy.

-Dwa punkty na na dziewiątej! Idą bardzo szybko- ocucuł ją nagle głos Gringera.

-Wysokość?!

-15 000m.

-Uformować zwarty szyk, wiejemy- podjeła szybko decyzję.

-Z całym szacukiem dowódco, ale dlaczego?

-To Foxhund-y, nie damy im rady. Wracamy- Rzeczone myśliwce faktycznie stanowiły postrach wśród pilotów zachodu. Latały z trzykrotną prędkość dziwięku i mogły wznieść się na ponad 20 000m. Te osiągi w porównaniu do ich samolotów były nie do przebicia.

-Nie morzemy, Fox 4 się odłączył!- wkrzyczał przez mikrofon Johny.

-Fox 4 tu dowódca wracaj do szyku, tu nie ma miejsca na bohaterstwo!- Słyszysz? Wracaj do cholery!

Pilot tego samolotu przybył do ich bazy dopiero niedawno, więc nikt nie wiedział jeszcze kto to jest. On sam nie miał szansy z dwoma Mig-ami.

-Do diabła! Łotr 3 lećcie do bazy, ja go ściągnę.

-Przyjołem. Powodzenia pani kaitan- pozostałe dwie maszyny już suneły w kierunku lotniska. Uciekinier nie zdołał uciec daleko. Dogoniła go, po czym zaleciała go od przodu żeby zmusić do zawrócenia. Kiedy to nie przyniosło skutku, zwolniła i zrównała się z nim. Przez jego owiewkę było dokładnie widać pilota.

-Zawróć to rozakaz- powiedziła najbardziej powżnym tonem jak tylko mogła. Tym czasem dwa wrogie samoloty znalazły się prawie nad nimi. Tylko na chwilę odwrócił głowę w jej stronę. A sekundę później, w jednej chwili poderwał nos samolotu i poleciał prawie pionowo w góre. Nie zdążyła nawet zaprotestwć, kiedy zobaczyła nad sobą kulę ognia i dwóch skoczków nad nią.

-Pierwszy...- Nieznajomy zrobił przewrót na plecy i ponownie zalazł się obok niej. Jak mu się to udało? Najwyraźniej tamci skupili się na łatwiejszych celach; wracających Gridzie i Johnym. Ale drógi Foxhund gdziej zniknoł.

-Uważaj! Odbij w prawo!- w ostniej chwili zdąrzył ją ostrzec. Popchneła przepustnicę do przodu i odbiła gwałtownie w prawo. W mijescu gdzie prze chwilą była, przeszedł duży dwusilnikowiec z czerwonymi gwiazdami na statecznikach. Mało brakowało i leżała by teraz na ziemi, pośród szczątków. Niestety tamten znowu gdzieś wsiąkł. Poczeła lustrować wzrokiem niebo. Ale wtem odezał się pokładowy radar. Był, albo byli, tuż za nią. Zrobiła beczkę, to co zobaczyła przed sobą, kiedy wyrównała zdziwiło ją jeszcze bardziej. Nieznajomy bawił się po prostu z wrogim myśliwcem, którego lewy silni nieźle już dymił. Nie dawał mu uciec, ani nie ustwaiał się w dogdnej pozycij do sztrzału, choć mógł. W koncu Mig zrezygnował i przestał starać się wyrwać. Musiał nawyraźniej zauważyć jej obecność i stwierdził że walka nie ma już sęsu. Obsrwowła jak w tej chwili Fox 4 podlatuje do dymiącego od boku, macha do jego pilotów ręką, po czym puszcza ich wolno.

-Morzemy wracać- odrzekła niemy pilot, zrównując się z nią. Nie odpowiedziła mu nic. Przez całe 4 lata służby nie widziała takiej głupoty i lekkomyślności, a zarazem sprytu i umiejętności pilotarzowych. Nie była nawet już zła na jego wybryk, a w świetle tego co zrobił nie miała zamiaru nikowu tego zgłaszać. Ale nie oznaczało to że nie miała zamiaru go ochrzanić. Ale wpierw musi się dowidzieć kim jest ten bohater, idiota...

Dwa Jastrzębie podchodziły do pasa, łagodnie zmniejszając prędkość i wyskość. Pierwszy usiadł prowadzący, a po tem szkrzydłowy. Spod kół obydwu poleciały kłeby czarnego dymu. Kiedy zwolnili każda z maszyn wykołowała na swoje stanowisko i zgasiła silnik. Wokół uwiliali się jak w ukropie, człownkowie obsługi naziemnej, którzy czym prędzej dostwaili im schodki, aby mogli wydostać się z kokpitów. Emily wyłączyła elektronikę oraz wszystkie ważnie systemy samolotu. Mogła teraz wstać. Leniwie podniosłą się z wygrzanego fotela, zrobiął duży krok przez burtę myśliwca i zalazła się na zewnątrz. Dopiero teraz zdjeła sobie z głowy ciężki, biały hełm lotniczy, spod którrgo wydostały się długie, rude uszy. Przeciągneła się, zrobiła parę skłonów, po czym sierowała wzrok na samolot nieznajomego. Nie było go tam. Zbiegła szybko po schodzch i szybkim krokiem ruszyła w kierunku baraków. Wparowała do pomieszczenia z szafkami pilotów jak burza. Był tam.

-Dlaczego nie wykonałeś rozkazu?!

-Dlaczego do diabła!- zapytała poraz drugi, zirytowna jego milczeniem.

-Słysz mnie wogóle?!- ten nawet na nią nie spojrzał, dalej grzebał w swoich rzeczach.

-Rzołnierzu!- w tej sekundzie, obrucił się do niej i zasalutował. Ale dalej jego wzrok bładził gdzieś za nią. Dopiero, po chwili kiedy ochłoneła trochę zdała sobie sprawę, że stoi przed nią lis, taki sam jak ona. Ale był od niej wyższy i jego sierść miała ciemno-szary odcień. Na lewym policzku miał długą bliznę, jakby ktoś przejechał mu nożem przez twrarz...

-Odpowiedz. To rozkaz- powidziała  już spokojnie. Jego wzrok w końcu spotkał się z jej. Zaniemówiła. On też nie uronił ani słowa. W tych oczach był taki..., taki niezwykły spkój i opanowanie. Ale było tam coś jeszcze, coś co było uryte bardzo głeboko... Nie zdążyła zrozumieć co to może być, bo ten odwrócił się od niej, zamknoł szafkę i wyszedł. Ockneł się dopiero kiedy zamkneły się za nim drzwii. Kto to jest??


Sneak peek...

-Strzeliłeś?

-Nie..., nie miałem broni.

-Czyli nóż?

-...Tak.

-Jesteś su###synem, nic nie zostało z dawnego ciebie..., żadnych wartości, żadnych ideałów...

-On był su###synem, nie ja... Ivan, a ty sztrzelałeś? Wtedy..., tego dnia pod stocznią?

-...Zapytaj jeszcze raz.

-Strzelałeś?

-Tak- przełknoł ślinę i pociągnoł z peta- Wszyscy sztrzelali... Mieliśmy rozkaz, żeby po serii w ziemi otworzyć ogień. Od tych serii w ziemie gineło najwięcej..., od rykoszetów.

-A co oni takiego mieli?! Kamienie? Byli przecież bezbronni...

-Czy to już ważne obaj jesteśmy su###synami bo daliśmy się O'Neillowi...

-Wiesz, że chce załatwić ten problem?

-Z pomocą tych dwojga? Wątpie że dorwiesz go na legalu.

-Jeśli będzie trzeba wypatroszę własnoręcznie tego skurczy####...

-Hmm... Naprawdę? Więc, jaki masz plan, BOHATERZE??

-Zobaczysz... całe miasto zobaczy. Skoro chce wojny, to mu ją dam.

-Nie wypiłeś przypadkiem za dużo??

-Nie, czuję się teraz trzeźwy jak nigdy dotąd... Tylko co mam zrobić żeby oni mi zaufali...?

-Dzisiaj zufanie się nie zdobywa, tylko kupuje...

-Ale na twoje nieszczęście, są jeszcze na tym świecie uczciwi.

-Trzymaj się stary. Pozdrów odemnie O'Neilla.

-Masz to umnie jak w banku. Cześć, Ivan...

349664f83e4c3af1e7192cd18d5d5033-dakdrdh.png

Klucz F-16 -tek szedł nisko nad chmurami na pełnych dopalaczach. Pędzili ile sił, na ratunek. Półtora sekundy wcześniej, eskorowali jeszcze Globmastery z zaopatrzeniem, gdy nagle ktoś zaczoł rozpaczliwie wołać o pomoc. Okazało się że dwie pary Flankerów B(Suchoj Su-27) związały walką na krótki dystans, dwa szturmowe Thunderbolty II (w pol. tzw. Guźce). Jednego z nich udało im sie zestrzelić, a drugi walczył ciągle o życie. Jedyną logiczną taktyką działania, w tej chwili było atakować z góry, z zaskoczenia (tzw. taktyka "boom and zoom"). Flankery były dużo zwrotniejsze i szybsze, więc próba związania ich walką na równej wyskości, skończyła by się fiaskiem. Pani kapitan miała już wydusić z siebie rozkaz, kiedy uprzedził ją Jastrząb z żółtą 14- stką na burcie, rzucając się w dół jak burza. Krótką serią, przecioł w pół, nic nie spodziewającego się Suchoja. Ten obrócił się na brzuch i runoł w ogniu ku ziemi. Podąrzała za 14 -stką. Ona też nie miała zamiaru próżnować i coś wreszcie upolować. Wyprowadziła maszynę z nurkowania, po czym usiadłą tuż za Azerczykiem, który jeszcze przed chwilą próbował dorwać "bezbronnego" Guźca, któremu jakimś cudem udało się wymknąć i wracał już spowrotem do swoich. Kiedy tamten zoriętował sie że ciągnie za sobą ogon, zaczoł kręcić piruety. A to w prawo, a to w lewo, nie dawał jej ustawić się w dogodnej pozycji do strzału. Bawił sie z nią tak jeszcze przez chwileczkę i nagle gwałtownie wychamował z użyciem hamulca aerodynamicznego, przelatując tuż nad grzbietem jej samolotu, poczym zanalazł się tuż za nią. Teraz to ona była ofiarą, a nie łowcą. Była w kropce. Isntynkt zamozachowawczy rozakazał uciekać jak najszybciej i nie dać sie dorwać. Rzuciła się w kłęby chmur, ale Flanker nie odpuszczał ani na krok, choć oddalił się na pewną odległość. Miała pewne obawy co do tego co zrobił, które potwierdził brzęk systemu ostrzgania o namierzeniu. Wypuściła tuzin flar i ponownie zanurokowała w chmury. Seria jasnych jak błyskawice smug omiotła ją z góry. Z tyłu pojawiła się tylko na chwilę jasna łuna światła. Zerkneła w tył przez ramię (oczywiście na tyle na ile powalała jej owiewka kokpitu i hełm), wróg gdzieś wyparował, tak samo jak jej podwładni. Radar nic nie pokazywał, wtem odezawł się znienawidzony ostrzgacz. Znów ją namierzyli, ale tym razem nie miała już ani jedenj flary. Nie miała wyjścia, w rozpaczy runeła w dół pod warstwę chmur. Obejrzała się za siebie. Widok ją przeraził. Niespełna parenaście metrów od niej, trzymał sie jak rzep pocisk rakietowy średniego zasięgu. Leciał najszybciej jak tylko mogła, jak tylko mógł samolot. Tamten jednak był niewiele szybszy i powoli, choć nieubłagalnie się do niej zbliżał. Przygotowywała sie na najgorsze. Puściła drąrzek przepustnicy i chwyciła za uchwyt katapultacji fotela. Zwlekała z pociągnięciem za uchwyt bo cały czas miała, choć cień nadzieii że w pocisku skończy się paliwo i spadnie. Nagle, cały samolot zadrżał i podskoczył jak na wybojach. Ale coś było nie tak. Nadal żyła, a samolot dalej leciał jak leciał.Odwróciła się. Po pocisku nie było ślady. Co się stało? Wyrównała i poczeła wywoływać przez radio.

-Fox 1 do łotrów, zgłoście się- cisza.

-Fox 1 do łotrów, chłopaki zgłoście się!- ponowiła.

-Tak pani kapitan, żyjemy- odpowiedział spośród ciszy radiostacji głos Johnego- Gringer lekko oberwał w ster wyskości, ale doleci.

-Mieliśmy szczęście- westchneła z ulgą- Co z żółtą 14 -tką?

-Nie to nie szczęcie dowódco i lepiej niech pani spojrzy w dół. Obniżyła lot. Po jej lewej leciał Fox 4. Ale co dziwne końcówka jego skrzydła gdzieś znikneła, a samo skrzydło było pocharatane i podziurowaione jak ser szwajcarski. To był cód że on wogóle jeszcze leciał.

-Co mu się do diabła stało? Wyjaśni mi to ktoś?!

-On pani nie odpowie. Ale ja postaram sie to wyjaśnic jak wylądujemy- odzrzekła Johny.

-Czekam z niecierpliwością- Wracamy. Na dziś nam wystarczy...

Kantyna oficerska... Przybytek w którym piloci utapiają swoje smutki w kilku głębszych. Nie przychodziła tu zbyt często. Nie miała zresztą takiej potrzeby, poza tym alkohol jej nie służył. W środku oprucz smrodu gorzały, sidziało jeszcze paru zatraceńców. Interesował ją tylko jeden. Gruby niedzwiedz w oficerskim uniformie, siedzący ze szklanką whisky przy ladzie baru. Przeszłą pomiędzy stołami i usiadała obok niego.

-Co o tak późnej porze robi tutaj pani kapitan, we własnej osobie?

-Mów mi po imieni, Frank.

-Dobrze niech ci będzie, Emily. Skusisz się na małego drinka, czy nadal jesteś na służbie?

-Nie, dzięki. Jeżeli już to szklankę wody- kiwneła głową do barmana.

-Wiem o waszych dzisiejszych dokonaniach i muszę powiedzieć że nigdy nie słyszłem w swoim życiu żeby jakiś pilot strącił rakiete skrzydłem własnego samolotu. A, ponieważ znam cię dobrze...

-Aż za dobrze....

-...to wiem że przyszłaś o niego zapytać. Czy tak?- dopił jednym duszkiem pozostały trunek- Opowiedz, zanim się rozmyślę.

-Wygrałeś. Mów wszystko co o nim wiesz. Niedzwiedz nalał kolejną szklanę trunku i wzioł mały łyk.

-Dobra najpierw suche fakty. Nazywa się Jackob Buran. W piechocie był kapitanem. Szkolenie pilota ukończył dopiero jakiś tydzień temu. To były fakty. Teraz domysły- dopił już drugą szklankę whisky- Słyszałaś może legendy o oblężeniu Kazania?

-Tak co mi sie obiło o uszy...co masz na myśli?

-Z tego oblęrzenia ocalał tylko jeden oddział. Przetrwali tam dwa miesiące ukrywając się po domach i ruinach. Azerczycy chcieli ich złapać za wszelką cenę, dlatego by zmusić cywili do gadania zarządzali codzienne rostrzelania, Okrutne. Podobno żeby nie wpaść w ręce Azerczyków ukryli sie pod ciałami rostrzelanych i przeleżeli tak dwie noce. Kiedy do miasta weszły już nasze oddziały, wtedy dopiero wyszli spod trupów. Dlatego nazwano ich oddziłem duchów, a ich dowódce Liegionem.

-Co to ma wspólengo z tym gościem?

-To że tym dowódcą był czarny lis, z blizną na prawym policzku.

-Nie mów że to on...

-Chyba zbyt wiele na to wskazuje. To musi być on.

-Ale dlaczego on jest...

-....taki dziwny? Podobno oni doznali tam czegoś w rodzaju szkoku pourazowego dlatego są tacy nierozmowni, poprostu inni.

-Nie wyjaśnia to dalej jeden żeczy. Gdzie nauczył się tak latać?

-Nie mogę ci w tym temacie już pomóc. Prawdę zna tylko on sam. Ja powiedziałem już wszystko co wiedziałem.

-Dzięki wielkie za pomoc- poklepała go po potęrznych ramionach- tylko nie przesadz z tym. Trzymaj się Frank.

-Spokojna twoja kita. Cześć Emily.

Całą drogę powrotną o nim myślała. Miała tyle pytań ale jak miała na nie odpowidzieć. Tylko on mógł to zrobić. Ale jak zmusić do gadania taką osobę, do tego uratował ją dzisiaj. To już drugi, nie trzeci raz jak ocalił jej życie. On przecież strącił tamtego Flankera i włąsnym skrzydłem podważył rakietę... ryzykując własne życie. Chłodny syberyjski wiaterek nie pomagał jej poukładać myśli. Kiedy tylko weszła do swojej małej kwatery, padła na łużko jak długa. Nie miała już siły, to wszystko ją zbyt bardzo zmęczyło, a sen wydawał się od tego wybawieniem...

4 dni później...

Uderzenie było mocne. Na szczęście spadochron zaplątał sie w gałęzie i tylko to uchroniło ją przed spotkaniem z twardą ziemią. Wszystko stało się tak szybko, że na chwilę zemdlała. Kiedy odzyskała przytomność, widziała wszystko jak przez mgłę. Dostrzegała tylko kolory i rozmazane kontury. W tym momęcie zdała sobię sprawę że nie wisi już na gałęzi, ale siedzi oparta o pień drzewa. Próbowała się podnieść, alę prawa noga odmawiała posłuszeństwa. Szczerze mówiąc prawie jej nie czóła. Po omacku przesuneła po niej ręką, która  wtem zatrzymała się na wyskości uda, gdzie poczóła coś dziwnego. Coś twardego, jakby wystającego z jej ciała. Chwyciła za to, z zamiarem wyciągnięcia, ale gdy tylko szarpneła ręką, uczóła przeraźliwy ból, przeszywający całą nogę.

-Leż spokojnie- rozkazał jej czyś głos- za chwilę sprubuję to wyciągnąć.

Odwróciłą głowę, żeby zobaczyć źródło tego głosu. Pod sąsiednim drzewem klęczała jakaś postać, która najwyraźniej musiał szukać czegoś w czymś co wyglądało na plecak. Po chwili postać wstała, podeszła i usiadła obo niej.

-Co jest?

-Nic, żyjesz- odrzekła ten. Powoli odzyskiwała wzrok. Jej oczom ukazała się wreszcie gruba gałąź wbita pionowo w jej udo, a w postaci obok rozopznała..., tak niestety, jego. Czarnego lisa.

-Pamiętasz co się stało?-zapytał wyciągając bandarz.

-Nie zabardzo..., głowa mnie boli.

-To normalne, ale teraz nie szarp się bo możę trochę zaboleć.

-Co?!- ten szybko unieruchmił jej nogę kolanem, poczym polał na ranę trochę spirytusu. Bół byl taki, jakby ktoś ją raził prądem. Próbowała się wyrwać ale on trzymał zbyt mocno.

-Na raz- złapał z wbitą gałąź- dwa, trzy!- jedym ruchem wyciągnoł ją i odrazu zaczoł bandarzowć ranę z której płyneła teraz obficie krew- Już dobrze... już po wszystkim..- było to ostatnie słowo jakie usłyszała, gdyż ponownie odpłyneła, pozostawiając bolesną rzeczywistość, zdala od siebie. Teraz sniła. Przeżywała kolejny raz ten sam dzień, jakby tam była ale nie mogła nic zrobić. Nie mogła ostrzec samej siebie przed atakiem który miał zaraz natąpić, nie mogła zapodbiec zestrzeleniu Gringera i... śmierci Johnego. Nie mogłą naprawić swoich błędów. Tylko momętu w kórym wleciałą w leceącą na 14-skię rakietę nie chciała zmnieniać, nawet mimo tego że kiedy się katapultowała jej samolot nieszczęśliwe zachaczył o jego skrzydło i spadli oboje. Ale przeżyli... cudem. Nagle zaczoł wracać palący ból. Powoli nasilał się, a kiedy osiągonoł apogeum i nie mogła już tego wytrzymać, wróciła do siebie. Ockneła się. Było ciemno, bardzo, bardzo ciemno. Gdyby ni ognisko którego wcześniej tu nie było, nie była by wstanie sobaczyć własnego nosa. Leżała tak samo jak poprzednio, ale była przykryta jakąś płachtą...nie, to była czasza spadochronu. Omiotła wzrokiem wszystko wokół. Nikogo nie było. Ciemność otaczała ją jak mur. Przez zasnute churami niebo nie było widać ani jeden gwiazdy.

-Obudziłaś się?- po chwili z mroku wyłoniła się postać czać czarnego lisa w lotniczym kombinezonie. Nie odpowiedziała mu- Noga, boli?- tylko potakneła głową na tak- W lewej kieszeni masz strzykawkę ze znieczóleniem, wbij ją sobie w nogę, no chyba że chcesz żebym ci pomógł?- sięgneła do kieszeni, faktycznie była tam strzykawka. Złapała za nią i bez zastanowienia wbiłą ją obok bandarza, po czym wcisneła całą jej zawartość w ciało. Ból trochę zmalał.

-Dobrze powinno pomóc- ten przysiadł przy ognisku, na przeciwko niej.

-Dzięk...Dziękuje ci- powiedział cichutko. Lis opuścił głowę. Nie miała pojęcia co zrobi, czy wkurzy się, albo nic nie powie.

-Nie, ja dziękuje tobie- niespodziewanie jego głos przerwał ciszę- poświęciłaś się zagradzając tej rakiecie drogę, to twoja zasługa. Nigdy nie spłacę tego długu. 

-Ale to ja nie mogę spłacic długu wobec ciebie, uratowałeś moje życie już trzy razy. Jak miała bym to spłacić?- on podniósł głowę i spojrzał jej prosto w oczy, tak jak wtedy, ale teraz widziała to czego wcześniej nie dostrzegła.

-Teraz widzisz? Widzisz we mnie to coś. To poczucie winy, nie strach. Nie musisz nigdy mi się za tamto odwdzięczać.

-Ale... nie...

-Twój dług jest niczym wobec mojego więc nie staraj się mnie przekonac- powiedzia przez zaciśnięte zęby- Nie możesz zrozumieć jakie to sprawia wielkie cierpienie.

-Nie, ja rozum...- strała okazać mu zroumienie, ale ponownie jej przerwał.

-Nie romumiesz. Nikt nie rozumie- znów spuścił głowę ku ziemi- Co ci mówili o mojej przeszłości?- zapytał spkojnym głosem- Tylko proszę, mów prawdę, wiem że to wiesz.

Zakłopotało ją trochę to pytanie, ale zdobyła się na odwagę i wydusiłą z siebie jedno zdanie- Legion..., mówią na ciebie Legion.

-To imię demona... Nazwywali mnie tak bo widzieli we mnie mordercę, kogoś bez uczuć i sumienia, kogoś takiego jak demon...- przerwał. Westchnoł i zapytał- Chcesz wiedzieć jak było naprawdę?

-Jeżeli ci to pomoże,...tak- poprosiła.

-Kazań,...Kazań to była nasza wielka i spektakularna jak skur.., to była wielka porażka. Nie tylko dla naszego wojska, ale moja własna- zmienił ton głosu na poważnieszy- Walczyliśmy dzielnie, wypierając stopniowo wrogie oddziały z miasta. Zaślepiony naszymi sukcesami nawet nie spostrzegłem że po dwóch tygodniach, zostaliśmy sami. W pobliżu nie było ani naszych, ani wrogich jednostek. Kąpletna pustynia...Udało nam się przestroić cywilne radio na naszą częstotliwość. Z szumie komunikatów, wyłapaliśmy że inne oddziały wycofały się, a miasto jest okrążone przez azerczyków. Stwierdzili że nie żyjemy. Zadręczałem, się że gdybym pomyślał naprawieniu naszej radiostacji nie doszło by do tego. Ale nie miałem wtedy jeszcze pojęcia jak wielki błąd popełniłem. Nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy się ukrywać. Schowaliśmy broń, do której zresztą już nie mieliśmy ani jednego naboju, a na mundury zażuciliśmy cywilną odzierz. Na szczęscie pozostali mimo walk mieszkańcy miasta, dali nam schronienie. Wszystko szło dobrze przez ponad miesiąc. Żyliśmy sobie tak bezkarnie pod ich nosem. Do czasu. Pewnego dnia jakiś pieprzony kapuś doniósł azeskiej policji że w mieście ukrywają się niedobitki wroga. Odrazu wyzanczyli za nas nagrodę. Nawet dość sporą. Można było się skusić- uśmiechnoł się pod nosem- Ale to nie przyniosło skutku. Nikt nie chciał nas wydać, więc zaczeły się niespodziewane rewizje i aresztowania. Jadnak jak się domyślasz, trudno wśród 3,5 tyś. mieszkańców znaleźć 20 wyglądających tak samo jak oni żołnierzy. Zdesperowani "skośnocy"  wporowadzili do miasta oddziały "specjalnego przeznaczenia" dowodzone przez Otta Dirlewangera. To byli, byli kryminaliści, jak on. Bezkarnie wpadali do pierwszego z brzegu domu, gwałacili kobiety i dzieci, a później zabiali je kolbami karabinów. Mężczyzną kazali na to patrzeć, a poźniej rostrzeliwywali ich, albo palili żywcem...Ulice spływały krwą. Nikt ich nie mógł powstrzymać. Byli bezkarni. Mieli tym zmusić ludność do gadania. My wiedzieliśmy że nawet tak wielkie okrucieństwo nie zmienie oporu mieszkańców. Postanowiliśmy że nie będziemy dłużej się ukrywać po domach, więc zaszyliśmy się w ruinach starej fabryki. Niestety, żeź trwała dalej, a my mogliśmy się tylko temu przyglądać. Po każdym dniu na ulicach leżały stosy zabitych, ale oni nawet tego nie marnowali. Zabierali trupą biżuterię, pierścionki, wyrywali złote zęby. Później ciała polewali kwasem i palili, miotaczmi ognia, żeby nie było żadnych dowodów. Daliśmy tym ludzią umrzec...- zawiesił głos- Już pod sam koniec, kiedy nasi byli już na przedmieściach, tamci znaleźli nas. Musieliśmy uciakać. Cztery dni nas scigali, a my ciągle im umykaliśmy. Raz kiedy prawie nas mieli, musieliśmy się przedostać na drugą stronę ulicy, pod ostrzałem. Ja byłem ostatni. Kiedy nadeszła moja kolej, pobiegłem ile sił w nogach i gdy już miałem skakać za róg kamieniecy, nie wiadomo skąd pojawiła sie zając który, skoczyły w poprzeg drogi. Dopiero kiedy byłem już bezpieczny, zrozumiałem co się stało. On, a właściwie to była ona, uratowała mnie. Szybko przyciągneliśmy ją za ubranie do siebie. Całą klatkę piesiową miała we krwi. Starałem się ją uspokoić. Jedną ręką uciskałem jej rany, a drugą sciskałem tą miękka puszytą łapkę. I wiesz co? Zanim umarał wykrzstusiła tylko: "dziękuje, dziękuje że za nas walczycie". Nawet nie zdąrzyłem odpowiedzić "nie to ja ci dziękuje za ocalenie życia". Nie wiem czy kiedyś zrozumiem ten bezsęsowny opór mieszkańców- znów ucichł na chwilę- Ostatnie dwa dni przelerzeliśmy pod ciałami rostrzelanych, inaczej tamci by nas znaleźli. To dlatego nazwali nasz oddział oddziałem trupów, oddziałem duchów. "Byli umarli ale teraz są żywi" tak o nas mówli. To prawda wyglądaliśmy wszyscy jak upiory. Cała sierść w lepkiej cuchnącej krwii i pocie. Skóra prawie przy kości - Tak, a więc teraz widzisz nie jestem ani bochaterem Kazania, ani jego demonem. Jestem tchurzem- teraz to ona schował głowę w nogach. Nie widziała teraz przed sobą kogoś groźnego, potęrznego, twardego i niepokonanego, tylko bardzo smutnego i zadręczającego się... bardzo dobrego człowieka. Człowieka który znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie i wzioł na swoje sumienie tak wilekie cierpienie jakiego nie byłby wstanie uniść nikt...

-Nie jesteś tchurzem, jesteś bohaterem. Rozumiem jak ci ciężk...

-NIE, NIE ROZUMIESZ!- wykrzyknął tak głośno, że aż się skuliła, po czym ucichł- Przepraszam nie powinienem.

-Nic nie szkodzi, ale proszę daj sobie pomóc- on wstał, usiadł obok niej i przykrył się spadochronem.

-Mów- odpowdział cicho, patrząc przed siebie.

-Nie jesteś tchurzem, czy tchórz przyznał by się do własnych błedów. I nie obwiniaj się za Kazań. Ci ludzie nie wydali was bo wierzyli w swój naród, wierzyli w to że uratujemy ich. Nawet jeśli byście się poddali nie zmieniło by to nic, przecierz wiesz. A wtedy nie obronił byś mnie przed tym MiG-iem, przed tym Flankerem, nie podwadził byś skrzydłem własnego samolotu tej rakiety, a ja nie miała bym kogo dziś ratować..., bo nie jesteś tym za kogo uwarzają cię inni. Jesteś niezwykłą osobą, która wzieła na siebie za dużo- on niespodziewanie wtulił się w nią. Zdziwiło ją to, ale spokojnie połorzyła rękę na jego głowie i zaczeła gładzić jego miekką sierść. Uspokoił się ona, trochę też.

-Wiem że się powtórzę, ale dziękuję ci, za pomoc.

-Nie ma za co, odwdzięczysz mi się za to jeszcze kiedyś- głaskała go tak dalej po głowie- Ale nie bądz na mnie zły za to żę tu jesteśmy, zamyśliłam się i....

-Nie zaczynaj znowu- przerwał jej- Johny umarł nie zmienisz już tego, a błędy zdarzają się każdemu nawet mnie, więc nie karz mi teraz sobie pomagać.

-Ale ja, pow...- podniósła się i delikatnie położył jej głowę sobie na kolanach- Nie będę dziękowała.

-Nie musisz i proszę mów mi Jake, o legionie zapomnij.

-Dobra, ale nie wypaplaj o tym nikomu.

-Nic nie powiem możesz mi zaufać. Ale wciąrz nie wiem jak masz na imię.

-Emily, nazwyaj mnie tak jeśli chesz.

-Ładne imię- zaczoł ją głaskać, tak samo jak przedtem ona- odprerzające?

-Zdecydowanie tak, nie przestawaj...- pierwszy raz odkąd opuściła rodziny dom poczóła się tak, swojo, tak przyjemnie. Nawet w jego obecneości, mimo że znała go zaledwie od dwóch tygodni. Nie mogła mówić jeszcze o jakimś..., uczuciu do niego, chociaż..., może kiedyś, tak- Ale Jake, masz jakiś plan jak nas stąd wyciągnąć?

-Nie, tak się składa że nie mam...


Można powiedzieć że wojna była dla naszych współobywateli szokiem. Nie wynikał on bynajmniej z nieświadomości nadchodzących wydarzeń, bo prasa wojnę przepowiadała już od dawna. Sądze że przyczyną tego była niemożność pogodzenia się z tym faktem. Okrutność z jaką wojna spadła na świat, zmusiała nas niemal byśmy padli na kolana. Z początku wszyscy współobywatele podzielali poglądy iście wymaginowane, pseułdo-patriotyczne. Ta bezsęsowna wiara w rychły koniec i zwycięstwo, jednocześnie, doprowadziła nas do zguby. Z jednej strony to normalna reakcja i nie powinienem się temu dziwić, ale patrząc na to co miało miejsce dalej w czasie, mogę to uznać za właściwe stwierdzenie. Tak czy innaczej wielu młodych i zdolnych do służby wyjechało, osmotniając rodziny, kochanków, przyjaciół. Ich bilscy do końca pokładali nadzieję że wrócą mimo iż prawda była inna, a w tych latach wielu z nich już nie powróciło. Jak już mówiłem, zgubną nadzieję. Ale to właśnie ona wielu z nich utrzymywała przy zdrowych zmysłach. Początkowo rozłąka była dla naszych współobywateli najgorszym z problemów, ale gdy do wielu miast zaczoł zbliżać się fornt, pojawił się niepokój o własne życie i pozostały dobytek. W wielu miejscach deszcz stali i ołowiu doszczętnie pożarł całe miasta i wsie. Tak było i z Kazaniem. Miasto stało się cmętarzyskiem. Obronicy, niczym feniks z popiołów, na zgliszczach swoich domów bronili się do ostatniego tchu. I tu należy oddać im ich bohaterstwo i mężność. Narrator wspomniał już raz ich bohaterskie czyny i zrobi to jeszcze nie raz. Jedynie Samara ostała się nietknięta. Na miasto nie spadłą ani jeden pocisk. Przechodziła z rąk do rąk, często bez jakichkolwiek starć. Jej mieszkańcy więc nie musiemli żywić obaw wobec własnego życia. To miasto stało się dla obu stron czymś w rodzaju nagrody, perły, diamentu ktrórego nie można tknąć. Narrator nie jest w stanie podać żeczowych powodów tego stanu, choś ma na to pewną teorię, ale zachowa ją dla siebie. Czytelnik powinien w tym miejscu zadać przynajmniej jedno pytanie, co było dalej, bo przecież szok trwa krótko, jest tylko chwilowy. A, więc spieszę tłumaczyć. Większość, wyszła z szkoku i pogodziła się ze swoim smutnym losem, jednak byli i tacy dla których szok trwał do ostatnich dni tej strasznej wojny. Ci obywatele zazwyczaj odrazu opuszczali w popłochu zagrożone tereny, jeśli starczyło im na to pieniędzy. Ci kórzy pozostali, starali się zapomnieć o wojnie i jej krwawych żniwach. Często jedynym na to sposobem był alkohol, tak usilnie spożywany w tym okresie, że nie jeden bar się na tym wzbogacił. Picie stało się w tym czasie normą. Tak właśnie plasowała się beznadziejna sytuacja naszych współobywateli. Narrator zaznacza że sytuacji było o wiele więcej, ale nie zamierza ich tu spisywać, i nadmienia że był tylko biernym obserwatorem, tych wydarzeń, który oceniał wszystko możliwie jak najbardziej subiektywnie.

Rozdział Czwarty: "Ostateczne wyjaśnienia"

Jakimi słowami opiszesz to palące niczym gorący pogrzebacz uczucie które sprawia októtny ból. Nie da się go pozbyć w żaden z możliwych sposobów, które są znane cywilizacji. Podpowiem. To uczucie dowódcy który zrobił wiele dla swoich ludzi za których życie jest odpowiedzialalny, ale mimo to ich traci...W życiu jest mnustwo żeczy z pozoru zwyczajnych, czyli takich które nastapić muszą i tego nie zmienimy. Śmierć jest jedną z nich. Ale to również nieznaczy że wszyscy muszą umierać przedwcześnie. Można by to argumętować tak: ci młodzi, wiedzieli na co się piszą, znali skalę ryzyka, wiedzieli że mogą nigdy nie wrócić. I tu należy pamiętać że nie każdy był ochotnikiem, większość... niestety to poborowi. To osoby które nigdy by się niespodziewały że znajdą się w takiej sytuacij. Szkoda. Wracając, śmierć zawsze jest straszna, nawet jeśli się wie że igra się z nią na codzień. To szczególnie straszne gdy twoi podwładni umierają ci na rękach, wykrwawiając się, a ty cały w ich krwii możesz starać się pocieszać leżącego na twoich rękach trupa. To dziwne że gdy pocieszasz zesztywniałe ciało mimo że nic to już nie zmieni. Czasme się z tego smiałem, wręcz jak szaleniec nad swoją nową ofiarą, że "życie jest takie ulotne!". Chodź co do tego się nie mylę Na szczęsie czas płynie w przód, nie wstecz. Nie zatrzymam już dwóki nowych którym wydałem tylko prosty rozkaz: "Zajmijcie tamten budynek...". Bo przecież którz mógł się spodziewać tego co nastąpi potem. Czyli tego że nasz bombowiec pomyli kordynaty i zrzuci na ten oto budynek poł tonową bąbkę. Ironia.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki